Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tramwaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tramwaj. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 marca 2013

zakochałam się...

w tramwaju!
rano.

"Żyjemy tu w Warszawie, życiem tramwajowym. Znaczy to, że w naszej warszawskiej epoce tramwaj wzniósł się do roli symbolu. Oczywiście - tramwaj wyraża miejską jednostkę komunikacyjną, taką samą jak trolejbus czy autobus. Mówi się: żyjemy życiem takim czy innym, wtedy gdy życie owo dobywa z człowieka jego najistotniejsze cechy. Czyli w zetknięciu z nim człowiek objawia się w całej swej okazałości. Przepełniony irracjonalnie tramwaj warszawski stanowi doskonały odczynnik, przekonujemy się w nim codziennie, jacy jesteśmy i jak bardzo żyjemy życiem tramwajowym. W chwili gdy najbliższy bliźni demoluje nam śledzionę, masakruje nerki, unicestwia czar dopiero co kupionego płaszcza, niweczy z trudem przyszyte guziki, gasi brutalnie przepiękny połysk żarliwie wyczyszczonych butów, gniecie na miazgę wiezione dla dzieci ciastka, uśmiecha się przepraszająco, pakując nam w usta rękaw od kurtki, w której przed chwilą czyścił kominy lub wypakowywał stare śledzie - w takiej chwili, powtarzam, instynkty, jak działa żaglowej fregaty, wysuwają się groźnie z burt naszych dusz. Wtedy dopiero spostrzegamy z przerażeniem, jacy potrafimy być pierwotni, dzicy, egoistyczni, kłótliwi, nietolerancyjni, zaślepieni, krótkowzroczni. Z drugiej strony - ileż wspaniałych wartości dostrzegamy naraz w życiu, gdy uda nam się wepchnąć jako ostatni do rozchodzącego się w szwach autobusu, gdy przygodny sąsiad, wisząc na stopniu, odstąpi nam trzy centymetry kwadratowe miejsca, akurat tyle, by postawić na nich szpic buta, gdy złapany rozpaczliwie za krawat ten, który już do połowy tkwi w środku, uśmiechnie się bez pretensji i przygarnie nas mocnym ramieniem, gdy wreszcie starsza pani, której, prąc ku wyjściu, strąciliśmy kapelusz, porwali w strzępy gazetę i wgnietli całą zawartość siatki z masłem, jajami i marmolada w biust, uśmiechnie się z tramwajową melancholią i powie smutne, lecz przebaczające: - Nie szkodzi... - Wtedy widzimy, jak dalece potrafimy być solidarni, wyrozumiali, ludzcy i coś ciepłego rozpływa się nam jak słodka, rozgrzana czekolada koło serca. Nic nie wzbudza w nas tak nieprzytomnej złości i bezmyślnej chęci awantur, jak niekończące się wyczekiwanie na wypchane ludźmi trolejbusy, do których nie można się dostać, jak tępota, brutalność i nieuprzejmość w tramwaju, o nic nie będziemy się sprzeczać i kłócić tak namiętnie, jak o grubiaństwa współpasażerów i bezduszną wrogość konduktorów. Ale też nic nie wzbudza w nas takiego uczucia zadowolenia, satysfakcji i wygody jak widok wyczekiwanego numeru na ulicznym horyzoncie i stwierdzenie, że znajdziemy w nim miejsce siedzące. Tramwaj wyzwala w nas dziś w Warszawie cenną bezpośredniość przeżywania i dlatego żyjemy tu, w Warszawie, życiem tramwajowym."

Leopold Tyrmand "Zły" Warszawa 1954




minęło 59 lat... i praktycznie nic się nie zmieniło...

sobota, 5 stycznia 2013

in memory...

of Konstal 13N

dziś po raz ostatni przemierzał ulice Warszawy. ileż ja w nim życia spędziłam! jakoś szczególnie ukochał sobie moją trasę pn-pd i linię 17.

przeżyłam upalne lata i mroźne zimy, 2-godzinne korki tramwajowe (niezależnie od tego jak absurdalnie to brzmi), szyby pięknie, misternie malowane mrozem, skostniałe kolana na pierwszym siedzeniu i śniegi padające bajkowo wewnątrz wagonu. 

poranne frustracje, miliony misternie układanych w głowie listów otwartych i petycji do ztm oraz kilka faktycznie złożonych skarg. no umówmy się - do jazdy w zimę, przy mrozie -20 to on się nie nadawał. nie wyposażyli go nawet w "ciepły guzik". biedny krokodyl.

a mimo wszystko, w okresie poza-zimowym, bardzo go lubiłam! za układ siedzeń, żółte poręcze i okrągłe światełka na suficie. za kameralność, jakiej nie ma w żadnym innym tramwaju, ani innym środku transportu. za pewną bajkowość - jak z Alicji w krainie czarów. niektórzy ludzie wydawali się do niego po prostu za duzi ;p wreszcie za samą formę, konsekwentne malowanie i dopracowany design.

miałam swoje ulubione miejsca do stania i siedzenia, na których najmniej wieje po otwarciu drzwi, wiedziałam na których jest więcej miejsca na kolana, a na których zwyczajnie się nie zmieszczę, albo dojadę na miejsce połamana przedwczesnym reumatyzmem. miałam stałe szlaki, które umożliwiały poruszanie się nawet po omacku.

i trochę jednak łza się w oku kręci, że dzisiaj to już tak naprawdę ostatni raz. na ostudzenie emocji wymarzłam jak dzika na godzinnym rajdzie z pętli do pętli i z powrotem, ot tak, żeby w depresję nie popaść.










w służbie miastu 1959 - 2012







i zawsze chciałam to zrobić!!!









this is the end my beautiful friend....





*zdjęcia nie-męża głownie