Pokazywanie postów oznaczonych etykietą od kuchni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą od kuchni. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 sierpnia 2013

radości małe i duże

co może być piękniejszego w życiu niż słoik domowego dżemu malinowego znaleziony o poranku na biureczku w korpo? 


rzec by się chciało, że nic, ale jednak... 



bo w takim podarowanym słoiku jest wszystko. i nie chodzi mi tu o maliny i cukier.

wtorek, 12 lutego 2013

poniedziałek, 11 lutego 2013

łupy

zmęczenie i wybrzydnięcie stało się taką codziennością, że zapomniałam już zupełnie jak może wyglądać normalne życie. i to nie jakaś super-duper awangarda. proste przyjemności. znalezienie czasu, który można im poświęcić. bo niewiele więcej trzeba.

w pracy sajgon, remont - sajgon, rozpierducha, zamęt i nihilizm w jednym. jak by ktoś włożył bombę do pudełka puzzli (dodajmy puzzli nie byle jakich, takich co mają co najmniej 10000 elementów) i po wybuchu kazał nam je wszystkie znaleźć i złożyć do kupy! już niby niewiele brakuje, ale te wredne drobiazgi lubią się głęboko schować, żeby objawić się w najmniej oczekiwanym momencie. więc zbieramy tu trochę, tam trochę, w poczuciu kompletnego chaosu. bez planu i bez pomysłu. bez siły i nadziei również. 

i kiedy w takim nico-stanie pojawiają się drobne radości, odzyskuję dawno utraconą wiarę w to, że będzie lepiej. w końcu w tym kierunku miało to wszystko zmierzać. najpierw było przyjemnie, później nieznośnie i z każdym miesiącem coraz gorzej, ale... wiosna idzie. a to są takie przebiśniego-pierwiosnki nowoczesne. zwiastuny lepszych czasów, nie tylko dla żołądka.

w weekend odwiedziliśmy wreszcie Chleb Sklep, w którym co prawda na chleb się już nie załapaliśmy, ale poczyniliśmy inne, bardziej intrygujące, zakupy.







niekwestionowany król królów to olej rzepakowy z góry świętego wawrzyńca. słów brak. trzeba spróbować. nigdy nie byłam fanką pożerania bagietki z oliwą... od soboty nie ma dnia, żebyśmy nie usiedli nad talerzem imitującym jajo sadzone i nie rozpłynęli się z rozkoszy. zapach, kolor, smak. w tej kolejności. każdy element zaskakuje i przyjemnie łechce. tak przyjemnie, że chce się więcej i więcej.

świeża ciabata / bagietka, olej, kilka kaparów, czerwone wino. i nie ma na świecie nic lepszego. i kropka.


p.s., acha i jeszcze... pominęłam najważniejszy aspekt. najlepsze towarzystwo ;p

sobota, 2 lutego 2013

tłusty czwartek w sobotę

a co! zasady są przecież po to, żeby je łamać... stereotypy po to, żeby je przełamywać, a rodzinne legendy po to, żeby się z nimi mierzyć. 

znajomi natomiast są po to by inspirować, doradzić i... pojechać po ambicji.

zaczęło się niewinnie, w piątkowy wieczór, od posta ze zdjęciem pączków, udostępnionym przez Magdę - guru w dziedzinie ciast i ciasteczek wszelakich. 

jako, że ja jestem stworzeniem słodko-odpornym, z reguły trzymam emocje na wodzy... no z pewnymi wyjątkami. beza, ciasto ze śliwką, szarlotta itede. mam też specyficzną i niewyjaśnioną słabość do pączków. od czasu do czasu mam nieoczekiwany napad pączkowego głodu... i nie ma przepuść - jakiś nieszczęśnik traci życie. na obecnym głodzie (ze względu na niesprzyjające okoliczności i to, że Blikle odmówił współpracy) chodziłam od tygodnia, dostając ślinotoku przy wszechobecnych ogłoszeniach parafialnych krzyczących - "tłusty czwartek, zamów pączka już dziś!" 

zdjęcie Magdy przelało czarę goryczy. wymieniając burzliwie poglądy o pączkach, od słowa do słowa wyszło na to, że przecież raz dwa i pączki gotowe. z pobłażliwym uśmiechem na ustach, obciążona traumą z dzieciństwa, przysięgłam wobec świadków, że kiedyś spróbuję. kiedyś... bliżej nieokreślone kiedy. kiedyś kiedyś raczej. jak spokoju zaznam więcej.

odkąd pamiętam towarzyszyło mi przekonanie, że pączki to siódmy stopień wtajemniczenia do sztuki kulinarnej. kompleks Prababci, która była kulinarną boginią, wło(chow)ską mammą, mistrzynią we wszystkim czego się dotknęła. domowe makarony, pieczenie, ciasta, kluski i knedelki wszelkiej maści miała w małym paluszku. i, jak to zwykle bywa, wszystko robiła z głowy i na wyczucie. jako jedyna z całej rodziny robiła również pączki. te pączki. celebrowała ten rytuał, który w oczach dziewczynki urastał do wielkiego wydarzenia, magii wręcz. moja Mama, jako pomagier pierwszej linii, spec od lukrowania, była tak onieśmielona wirtuozerią Prababci, że zaprzysięgła jej, że za pączki to ona się nigdy nie weźmie. w ten sposób kult pączka jako rajskiego jabłka, które kusi i straszy zarazem, nabrzmiewał przez lata.  na samo słowo pączek (w kontekście jego produkcji rzecz jasna, nie konsumpcji) wszyscy wkoło bledli, a co wrażliwsi nawet mdleli. bledłam i ja.

pierwsze próby pączkowania odbyły się nawet, nieco półświadomie, podczas zeszłorocznej imprezy karnawałowej, po której znajomi musieli cały weekend wietrzyć mieszkanie z urzekającego zapachu topionego smalcu. wspomnienie to dodawało tylko pikanterii jakimkolwiek wyobrażeniom o kolejnych próbach. oczywiście tamto zdarzenie nazywa się w prawniczym sloganie odpowiedzialnością rozproszoną, winą obarczony został przy okazji alkohol i nieludzka (jak się okazało niepączkowa również) pora. ale... ostatnią rzeczą o jakiej marzyłam był powrót tych wspomnień.

jako ciekawostkę przyrodniczą opowiedziałam nie-mężowi czego się dowiedziałam od Magdy, że ona na oleju smaży i że nadziewa po upieczeniu, no i że kluczowa jest temperatura oleju, która zapobiega produkcji góry koksu... i... od razu pożałowałam, że nie trzymam języka za zębami. nie-mąż bowiem tak się zapalił do pomysłu, że wszystkie moje ale.. ale... pozostawały tylko ale... nie dał mi dojść do słowa. obosz... myśląc konstruktywnie postawiłam warunek - kupujemy termometr do mięsa/ oleju. nawet to go nie odstraszyło. co więcej, zwierzył się, że zawsze o takim marzył. byłam szczerze wzruszona. miałam łzy w oczach - trudno tylko stwierdzić czy to przez świeżutko zasłyszane wyznanie, czy przez wizję wietrzenia kawalerki ze swądu spalonego oleju.

jak się jednak okazało strach ma wielkie gały. satysfakcja zmierzenia się z demonami przeszłości , które okazują się jedynie długim cieniem leśnych skrzatów - bezcenna. 

bazowałam oczywiście na doskonałym przepisie Magdy, który zachowam dla niestraumatyzowanych pokoleń. wersja łopatologiczna, skompresowana poniżej.

pączki

ok. 28 sztuk

4 szklanki mąki
1/3 szklanki cukru
7 żółtek (białka zamknąć w torebce strunowej i zamrozić - genialny patent!!!)
80 gram masła
16 gram cukru waniliowego
1/4 łyżeczki soli
40 gram drożdży świeżych
1 szklanka mleka
30 ml spirytusu
olej do smażenia

z drożdży, mleka, cukru, 2 łyżek mąki zrobić zaczyn i odczekać, aż zacznie rosnąć.

dodać pozostałą mąke, żółtka, spirytus, cukier waniliowy i sól. wyrabiać mikserem z końcówkami do ciasta drożdżowego (lub łapką, w przypadku braku takowych). rozpuścić masło i dodawać partiami pod koniec wyrabiania ciasta. wyrabiać do momentu, aż ciasto wchłonie całe masło, będzie gładkie i plastyczne.

odstawić do wyrośnięcia na ok. godzinę, powinno podwoić swoją objętość. następnie formować w ręku kulki wielkości orzecha włoskiego (w porywach do mandarynki). jeżeli ciasto się klei, oprószyć mąką ręce. zostawić pączki do wyrośnięcia, na 20-30 minut, nie powinny jednak za bardzo wyrosnąć.

smażyć na oleju po obu stronach w temp ok 170 stopni (temperatura nie może być ani za wysoka, ani za niska, dlatego przyda się termometr), powinny swobodnie pływać w oleju.

po usmażeniu zrobić dziurkę pałeczką, następnie wcisnąć powidła szprycą z okrągłą końcówką. lukrować jeszcze ciepłe, posypać skórką kandyzowaną z pomarańczy.

lukier
10 łyżek cukru pudru
1 łyżka wody
1 łyżeczka soku z cytryny

wymieszać. w zależności od konsystencji, należy dodać cukru albo wody.

do posypania
kandyzowana skórka pomarańczowa

do nadziewania
powidła węgierkowe Łowicz - nasze odkrycie!!! etykieta nie kłamie!


po ok. godzinie prac plastycznych, naszym oczom ukazuje się taki oto widok...




wydaje się niemożliwe? taaa... mi też się tak wydawało, ale dodatkowy kilogram, nabyty przy mierzeniu się z nimi  (znaczy, żeby nie było... nie ze wszystkimi, jedynie z tym co zostało po zmasowanym rozdawnictwie), jakoś nie chce być halucynacją ;p

poniedziałek, 1 października 2012

o wyższości kalafiora nad brokułem

staram przekonać sama siebie. tak samo jak o tym, że boczek może zastąpić szynkę parmeńską, a do życia nie jest mi niezbędny parmezan. a przecież tak kocham gotować. kochałam znaczy? bo w obecnym stanie czuję się jak gar-kuchnia żywiąca artylerię. jedzenia ciągle za mało i z braku czasu wciąż takie samo. w kółko trzeba produkować nowe. codzienny obiadek do pracy. wiem co jem+oszczędności w jednym jak przystało na perfekcyjną panią domu. i pana domu, bo nie-mąż razem ze mną realizuje ten niewdzięczny projekcik. a niewdzięczny dlatego, że musimy się zmuszać do gotowania, co odbiera całą radochę. jak byśmy mieli ręce związane łańcuchem wyrzeczeń i obowiązków. szybko, szybko, nie ma czasu.
a ja bym chciała powolne canneloni z 3 serami, energetyczną zupę kubańską, kacze udko w zalotnym towarzystwie czerwonego wina i kurczaka chow mein. slow foodu chcę.

i tylko dżemor relaksujący pozostał. dżem, który przywraca spokój. zen.

i w imię czego to wszystko? ojejkujejku tak strasznie mi się ta lampa podoba i te krzesełka i ten stół piękny ponadczasowy.

w imię tego, że jeszcze się łudzę, że mi na wszystko styknie, jak będę oszczędzać na brokułach.

środa, 22 sierpnia 2012

depresja, rów i grajdoł

tak to mniej więcej obecnie wygląda. cały czas niby coś się dzieje, a jednak wszystko stoi w  miejscu i nawet o pół kroku się nie posuwa. jak ta kropla co drąży skałę. być może kiedyś osiągniemy mistrzostwo, ale trup będzie słał się gęsto w międzyczasie i możemy tego nie doczekać. jak na razie to żmudne dreptanie w kółeczku, polegające na zacieraniu własnych śladów.

nie-mąż wrócił wczoraj jak chmura gradowa. a właściwie inaczej - wrócił totalnie wypompowany, załamany i bez perspektyw. nawet jemu już puściły nerwy i wszystko opadło. skoro nawet on ma dosyć tego przeklętego remontu i nie może na niego patrzeć, to ja się czuję usprawiedliwiona. bo moja cierpliwość wykańcza się najpierwsza. nieco pocieszające zatem, że nie jestem jakąś totalną kosmitką, choć z drugiej strony strach się bać o dalsze losy tego uroczego przedsięwzięcia.

w tej trudnej sytuacji zastosowaliśmy jedyną słuszną - terapię kolorystyczno - zapachową. pomimo zmęczenia złapaliśmy się za roladki z polędwiczek w sosie śliwkowym, aż noże latały... a następnie, zachęceni oszałamiającym sukcesem, z podniesionym z gruzów, lecz nieco jeszcze kulejącym, ego zajęliśmy się leczniczą, rzecz jasna, konsumpcją wiśniowego piwa Kriek i resztek niedzielnej szarlotki. a wszystko to o 22. czego się nie robi dla odbudowania poczucia własnej wartości. jeszcze trochę alkoholu i osiągniemy pełen sukces. czuję to! w pewnym stadium upojenia nawet krzywe ściany wydają się proste. być może tędy droga...


wtorek, 21 sierpnia 2012

gardening

Alys Fowler. uwielbiam!!! całym sercem. od kiedy zobaczyłam jej program w kuchni.tv.

z Isabel (Jack Russell)



ruda, piegowata hippiska buszująca w zielonych krzaczorach. wszystko co jest skitrane gdzieś w moich najodleglejszych marzeniach podane na smakowitej wizualnie tacy. bezpretensjonalny ogród doskonały, swoboda i przestrzeń sprawia, że wsiąkam w ekran, jem oczami i myślę - mum please!!! uwielbiam programy prowadzone z taką pasją, która zaraża i oblepia już od pierwszej minuty, nie pozwalając się odessać.




no więc główkuję co by tu zrobić, żeby mieć chociaż namiastkę ogródka w centrum miasta - zioła, truskawki, poziomki i pomidory. w końcu połowę dzieciństwa spędziłam towarzysząc dziadkowi na przydomowej działce, nurkując w beczce z wodą i operując szlauchem na zmianę z konewką. zaopatrzona w solniczkę (najwierniejszego przyjaciela mego) wyrywałam z ziemi ostre rzodkiewki i zrywałam przepyszne dojrzałe pomidory, z których sok spływał aż po łokcie. truskawki i maliny prosto z krzaka, chrzan, szczypiorek i mięta. młoda marchewka. to są moje smaki dzieciństwa. i papierówki, te kwaśne, zielone, po które trzeba się było wspinać na drzewo.

w związku z remontową depresją nerwowo oddaję się przyjemnym i bezpiecznym myślom o  własnym zieleniaku. trzeba jakoś uczcić to, że będziemy mieli balkon. wiosnę już niestety przegapiliśmy, więc praktyka dopiero za rok (mam szczerą nadzieję, że do tego czasu balkon ulegnie odgruzowaniu). tymczasem oddaję się teorii. w teorii bowiem jestem najlepsza. szperam, szukam i wymyślam. po wskazówki Alys, niczym po biblię, udałam się na amazon.co.uk, a po wszystkie niezbędne rzeczy do najlepszego pod słońcem, jak się okazało, sklepu ogrodniczego Ikea.pl. no i oczy mi wyszły z orbit normalnie. 

pastylki z włókna kokosowego i łupiny kokosa zamiast ziemi

donice na kocie trawki, ziółka i flores pomodores

 powrót do korzeni :)

hit! mini szklarenka

a kiedyś też tak będę pląsać... może dopiero o lasce, ale co tam!



miazga. totalna.

niedziela, 5 sierpnia 2012

rozpusta

weekend wreszcie weekendowy, pracowity i megasatysfakcjonujący. upiekłam pierwszy chleb... a potem za ciosem kolejny :) można, nawet bez zakwasu!


chleb pszenny pieczony w garnku żeliwnym z tego przepisu
(z pominięciem ziół)



chleb razowy na maślance z tego przepisu
(tum razem bez ziaren)


w międzyczasie jeszcze awanturka do chleba



i ognista frittata z chorizo


się działo!

poniedziałek, 9 lipca 2012

bilans weekendu

pracowicie. ale cóż za miła odmiana - zamiast na budowie to w garach! po uszy prawie. i co z tego, że 30°C w mieszkaniu. radocha jak rzadko. i efekt jakiś taki udany kolorystycznie.

 


to chyba już ostatnie dżemy truskawkowe w tym sezonie. szkoda. uzależniłam się.