wasa + ser
idealne dopasowanie co do milimetra :)
i idealny zjadacz!
-----------------------
p.s. foty powstały w naturalnym świetle o godzinie 22!!! no raj!!!
czwartek, 6 czerwca 2013
środa, 29 maja 2013
do it...
your-daddy's-hands.
wszystko zaczęło się od tego, że nasza obłędnych rozmiarów sypialnia ma 10,5 metra, mieści łóżko, szafę i jakby nie ma miejsca na nic więcej. no dobra, od biedy można by upchnąć jeszcze jakieś stoliki nocne. ale my uparliśmy się oczywiście, że chrzanić stoliki, biurko musi być! i nie ma przebacz.
w związku z tym, że jedną ścianę zajmują okna, pod którymi wyrasta tłuściutki kaloryfer, drugą przeznaczyliśmy na szafę a trzecią na tapetę (bo to ciąg komunikacyjny pomiędzy drzwiami wejściowymi i balkonowymi, bezpośrednio przylega do futryny, w związku z czym nic postawić się przy niej nie da) została tylko czwarta. ostatnia. przy której wypadałoby może postawić łóżko? no ale łóżko łóżkiem. przecież musi się koniecznie zmieścić jeszcze biurko. takie z szafką, bo przecież gdzieś trzeba trzymać zszywki i dziurkacz... i nie będzie to szafa z ciuchami. o nie!
przy takich założeniach (lub jak kto woli - ograniczeniach) było jasne, że nie znajdziemy gotowca. w związku z tym zwoje mózgowe poszły w ruch. i jakoś bardzo szybko i sprawnie powstał prosty projekt, składający się z gotowej szafki i batu ze sklejki, którą uwielbiamy do szaleństwa. dopiero później okazało się, że gotowe nogi, trzeba zastąpić "szytym" na miarę stelażem, bo kaloryfer rozpanoszył się tam gdzie nie powinien.
i wtedy musiał wkroczyć magik ze swoją spawarką. i odpimpował nam taki stelaż, że czapy z głów. dzięki niemu biurko nie wygląda jak seryjny mebel z Ikei. nabrało vintage'owego smaczku. i trochę żal, że nie widać tego na pierwszy rzut oka. ale w chwilach zwątpienia będę się zakradać pod blat, żeby pomacać te szlachetne spawy. świat od razu staje się lepszy. ot takie zboczenie.
wtorek, 28 maja 2013
niedziela, 26 maja 2013
ściana płaczu
czyli historia porażek... i wtop wszelakich. neverending story.
kiedy już wydawało się, że szczęście jest tuż, tuż... nastąpił wysyp klęsk żywiołowych.
to, co tylko mogło się nie udać - nie udało się. ale co tam, pójdźmy o krok dalej... to, co nawet nam się nie śniło, że może sprawiać jakiekolwiek problemy, utwierdziło nas w przekonaniu, że są takie rzeczy na ziemi i w niebie o których nie śniło się filozofom... a co dopiero nam, maluczkim.
w związku z tym, prawie już przez nas zapomniane, kucie i prucie! na naszych wypielęgnowanych, gładziutkich, niczym niemowlęce cztery litery, szarych ścianach!
zaczęło się przy niewinnym montażu zaległego boku szafek kuchennych (tam gdzie początkowo miała schodzić noga blatu z lux kamienia). wszystko miało zająć dosłownie chwilkę... zajęło niestety kilka chwilek więcej. okazało się, że nasza ściana choć na pierwszy rzut oka prosta, na odcinku 90 cm od podłogi schodzi o 2-3 mm. i niech by sobie była krzywa na zdrowie, ale boczek luksusowo polakierowany wystaje spod blatu, a z tyłu nie przylega do ściany.
co było robić? kuć rów na szerokość bocznej płyty. oczywiście 2 mm nie da się skuć, bo wszystko zaczyna odpadać lawinowo i przy dużym szczęściu robi wyrwę co najmniej 5 mm, więc z powrotem szpachle w dłoń...
przymiarki...
kolejnym radosnym zajęciem było przesadzanie szalonego gniazdka, które w przypływie estetycznych uniesień poszybowało jakimś cudem w górę, lądując na plecach komody. komoda (żeby nie było już żadnych niedomówień - konkretny model) miała stać w tym miejscu od samego początku. co więcej, od ładnych kilku miesięcy stoi sobie na swoim miejscu, zabezpieczona i lekko odsunięta. problem wyszedł na jaw dopiero kiedy chcieliśmy ją finalnie dosunąć do ściany i przykleić listwy. spektakularny efekt poniżej.
a na koniec czerwona wdowa, która po przymiarce zamiast cieszyć, oślepia i kole w oczy... jednych bardziej niż innych, no ale...
zaczęło się przy niewinnym montażu zaległego boku szafek kuchennych (tam gdzie początkowo miała schodzić noga blatu z lux kamienia). wszystko miało zająć dosłownie chwilkę... zajęło niestety kilka chwilek więcej. okazało się, że nasza ściana choć na pierwszy rzut oka prosta, na odcinku 90 cm od podłogi schodzi o 2-3 mm. i niech by sobie była krzywa na zdrowie, ale boczek luksusowo polakierowany wystaje spod blatu, a z tyłu nie przylega do ściany.
co było robić? kuć rów na szerokość bocznej płyty. oczywiście 2 mm nie da się skuć, bo wszystko zaczyna odpadać lawinowo i przy dużym szczęściu robi wyrwę co najmniej 5 mm, więc z powrotem szpachle w dłoń...
przymiarki...
malowanie... i voilà
kolejnym radosnym zajęciem było przesadzanie szalonego gniazdka, które w przypływie estetycznych uniesień poszybowało jakimś cudem w górę, lądując na plecach komody. komoda (żeby nie było już żadnych niedomówień - konkretny model) miała stać w tym miejscu od samego początku. co więcej, od ładnych kilku miesięcy stoi sobie na swoim miejscu, zabezpieczona i lekko odsunięta. problem wyszedł na jaw dopiero kiedy chcieliśmy ją finalnie dosunąć do ściany i przykleić listwy. spektakularny efekt poniżej.
a na koniec czerwona wdowa, która po przymiarce zamiast cieszyć, oślepia i kole w oczy... jednych bardziej niż innych, no ale...
czwartek, 23 maja 2013
środa, 22 maja 2013
niedziela, 19 maja 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















