środa, 5 września 2012

poniekąd na osłodę

od momentu kiedy ją zobaczyłam wiedziałam, że muszę ją mieć...



i oto jest! całkowicie zniewalająca... czego na zdjęciach jakby nie widać :)

edit
to jeszcze raz, nieco lepiej...



wtorek, 4 września 2012

om

widziałam ją.
na żywo!
ułożoną.
kawałek.
i starczy.
do niektórych rzeczy nie można się przyzwyczaić.

dzień pod wezwaniem eternal om...


i kojącej klasyki

niedziela, 2 września 2012

pomarańcz

gdybym ze wszystkich kolorów miała wybrać taki, którego najbardziej nie lubię, byłby to pomarańczowy. i nie ma to nic wspólnego z owocami pomarańczy, które ubóstwiam ani ich skórką, za którą wprost przepadam. pomarańczu poza-owocowego jednak nie znoszę.

no wiec pech i peszek.
przyjechała nasza super wypaśna - jak nam się kiedyś wydawało - dębowa podłoga i... niestety okazała się być jeszcze bardziej pomarańczowa niż na próbniku.  jak zwykle najgorszy koszmar się ziścił. czemu już mnie to nie dziwi?



szczęśliwie, obecny stan rezygnacji nie pozwala już nawet na żadne złości, wściekłości i łzy rozpaczy. pozostało wziąć głęboki oddech i stwierdzić - no trudno. odkryłam jedną pozytywną zasadę - im dłużej trwa remont tym bardziej olewa się tego typu atrakcje. człowiek chyba nieświadomie przywyka do bezsilności i podskórnie wie, że żadne szarpanie się, frustracja i rwanie włosów z głowy nic nie zmieni. a skoro mówi to ktoś tak czepialski jak ja, to najwyraźniej od tej błogosławionej zasady nie ma wyjątków.

 

trochę strach myśleć jak ta podłoga będzie wyglądać z upływem czasu, kiedy drewno będzie się starzało, a my będziemy aplikować na nie kolejne warstwy oleju. ale oj tam, oj tam. cud, miód i entliczek pentliczek. przezornie jestem na etapie poszukiwania rozległego dywanika, żeby ukryć pseudo mahoń.

jest jednak jeden pozytyw - kompletnie z innej beczki i kompletnie zaskakujący! podłoga w łazience już jest!
ułożona!
tadam!
niespodzianka!
nawet wygląda 100 razy lepiej niż rozłożona w pokoju. jakoś się wpasowała w to wnętrze. ciekawe czy białe, gładkie kafelki jej nie pogrążą... ale na razie przy obdrapanych ścianach wygląda naprawdę dobrze!!! takie zaskoczenie to ja lubię!








z okazji podniosłej wesołość nastała...


dla pomarańczu niestety miejsca w sercu zabrakło...

czwartek, 30 sierpnia 2012

moc niemocy

tak to sobie trwa i płynie, lato zaczyna się jesienić... i takie wielkie nic mam w sobie. już przestałam czekać na spektakularne zakończenie, które odpłynęło gdzieś poza horyzont. nie mam nawet serca do projektowania najważniejszych przecież szafek kuchennych!!! serca (a może żołądka?) naszego mieszkania. najzwyczajniej w świecie przestałam chyba wierzyć w to, że się tam kiedyś przeprowadzimy. więc po co to wszystko? z drugiej strony nasze zawrotne 26 metrów wygląda jak pobojowisko. chciałabym jak najszybciej stąd uciec. żyjemy w stanie permanentnego rozkładu z przylepioną do ust maksymą - już się nie opłaca sprzątać. więc wszystko wokół przyrasta w zastraszającym tempie, piętrzy się miesiącami. marzenie o dużej szafie staje się obsesją, jednocześnie rośnie lęk przed rozczarowaniem, że szafa jednak z gumy nie będzie i do moich nabrzmiałych potrzeb się nie rozciągnie.

nie cieszy mnie nawet to, ze deski podłogowe przyjechały i w przyszłym tygodniu Panowie mają się z nimi zmierzyć. w innej sytuacji byłoby wielkie ŁAŁ. biorąc jednak pod uwagę to, że w międzyczasie doszliśmy do wniosku, że nasza wymarzona podłoga będzie jednak zbyt pomarańczowa oraz to, że przy pierwotnych założeniach do tego momentu ściany miały być już powylizywane na glanc (a nie są), fakt ułożenia desek stracił jakoś na swojej atrakcyjności.

na znak protestu maluję pazury na czerwono. jak opętana.

trochę zamieszania i elegancji do naszego zakurzonego życia wprowadził ślub i wesele K&R. przy mojej ostentacyjnej i nigdy nie ukrywanej niechęci do tego typu imprez, zostałam szalenie pozytywnie połechtana całokształtem. naprawdę fajnie to wszystko wyszło! dobrze się też bawiliśmy robiąc zdjęcia, jeszcze fajniej oglądając ich efekty. i milutko byłoby poświęcić trochę czasu i wolnego umysłu doprowadzając wszystko do spójnej całości... ale kolejna niemoc... tym razem spowodowana infekcją górnych dróg oddechowych. jakby kaktus gigant wyrósł mi w gardle. 

potrzebuję kreatywnych wyzwań i nieoczywistości. i nowego koloru lakieru do paznokci :)

środa, 22 sierpnia 2012

depresja, rów i grajdoł

tak to mniej więcej obecnie wygląda. cały czas niby coś się dzieje, a jednak wszystko stoi w  miejscu i nawet o pół kroku się nie posuwa. jak ta kropla co drąży skałę. być może kiedyś osiągniemy mistrzostwo, ale trup będzie słał się gęsto w międzyczasie i możemy tego nie doczekać. jak na razie to żmudne dreptanie w kółeczku, polegające na zacieraniu własnych śladów.

nie-mąż wrócił wczoraj jak chmura gradowa. a właściwie inaczej - wrócił totalnie wypompowany, załamany i bez perspektyw. nawet jemu już puściły nerwy i wszystko opadło. skoro nawet on ma dosyć tego przeklętego remontu i nie może na niego patrzeć, to ja się czuję usprawiedliwiona. bo moja cierpliwość wykańcza się najpierwsza. nieco pocieszające zatem, że nie jestem jakąś totalną kosmitką, choć z drugiej strony strach się bać o dalsze losy tego uroczego przedsięwzięcia.

w tej trudnej sytuacji zastosowaliśmy jedyną słuszną - terapię kolorystyczno - zapachową. pomimo zmęczenia złapaliśmy się za roladki z polędwiczek w sosie śliwkowym, aż noże latały... a następnie, zachęceni oszałamiającym sukcesem, z podniesionym z gruzów, lecz nieco jeszcze kulejącym, ego zajęliśmy się leczniczą, rzecz jasna, konsumpcją wiśniowego piwa Kriek i resztek niedzielnej szarlotki. a wszystko to o 22. czego się nie robi dla odbudowania poczucia własnej wartości. jeszcze trochę alkoholu i osiągniemy pełen sukces. czuję to! w pewnym stadium upojenia nawet krzywe ściany wydają się proste. być może tędy droga...


wtorek, 21 sierpnia 2012

gardening

Alys Fowler. uwielbiam!!! całym sercem. od kiedy zobaczyłam jej program w kuchni.tv.

z Isabel (Jack Russell)



ruda, piegowata hippiska buszująca w zielonych krzaczorach. wszystko co jest skitrane gdzieś w moich najodleglejszych marzeniach podane na smakowitej wizualnie tacy. bezpretensjonalny ogród doskonały, swoboda i przestrzeń sprawia, że wsiąkam w ekran, jem oczami i myślę - mum please!!! uwielbiam programy prowadzone z taką pasją, która zaraża i oblepia już od pierwszej minuty, nie pozwalając się odessać.




no więc główkuję co by tu zrobić, żeby mieć chociaż namiastkę ogródka w centrum miasta - zioła, truskawki, poziomki i pomidory. w końcu połowę dzieciństwa spędziłam towarzysząc dziadkowi na przydomowej działce, nurkując w beczce z wodą i operując szlauchem na zmianę z konewką. zaopatrzona w solniczkę (najwierniejszego przyjaciela mego) wyrywałam z ziemi ostre rzodkiewki i zrywałam przepyszne dojrzałe pomidory, z których sok spływał aż po łokcie. truskawki i maliny prosto z krzaka, chrzan, szczypiorek i mięta. młoda marchewka. to są moje smaki dzieciństwa. i papierówki, te kwaśne, zielone, po które trzeba się było wspinać na drzewo.

w związku z remontową depresją nerwowo oddaję się przyjemnym i bezpiecznym myślom o  własnym zieleniaku. trzeba jakoś uczcić to, że będziemy mieli balkon. wiosnę już niestety przegapiliśmy, więc praktyka dopiero za rok (mam szczerą nadzieję, że do tego czasu balkon ulegnie odgruzowaniu). tymczasem oddaję się teorii. w teorii bowiem jestem najlepsza. szperam, szukam i wymyślam. po wskazówki Alys, niczym po biblię, udałam się na amazon.co.uk, a po wszystkie niezbędne rzeczy do najlepszego pod słońcem, jak się okazało, sklepu ogrodniczego Ikea.pl. no i oczy mi wyszły z orbit normalnie. 

pastylki z włókna kokosowego i łupiny kokosa zamiast ziemi

donice na kocie trawki, ziółka i flores pomodores

 powrót do korzeni :)

hit! mini szklarenka

a kiedyś też tak będę pląsać... może dopiero o lasce, ale co tam!



miazga. totalna.