Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podłoga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podłoga. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 maja 2013

na swoim miejscu

pierwsze wrażenie było nieco dziwne, wszystko do tej pory było prosto i w kancik, a tu nagle, na dole taki dzwon, noga słoniowa...
ale szczęśliwie zdążyliśmy się już przyzwyczaić! jest fajnie i nawet polubiłam naszą znienawidzoną podłogę - letnia aura jej służy!







udało się też znaleźć pierwszą koto-przyjazną dziurę pod naszym PeeSem, na którego zdecydowaliśmy się w sumie w ostatniej chwili, żeby móc sobie troszkę podkuć. i, pomimo wszystko, była to najlepsza decyzja na świecie! już pomijając sam fakt, że szalenie mi się podoba, to w tą dziurę pod nim chętnie sama bym się wcisnęła... gdyby tylko moja szanowna na to pozwoliła. światło tam jest obłędne!




a później były jakieś tajne spotkania i dyskusje na szczycie




aż pojawiło się TO




za chiny ludowe nie wiem jak to ma działać, ale... się okaże. prototyp fotogeniczny w każdym razie ;)

sobota, 20 kwietnia 2013

purpura

kafle cementowe. niby stare, ale nowe, inspirowane tradycyjnymi wzorami, ale co najważniejsze nie imitują i nie udają. pięknie nawiązują do wzorów historycznych kafli hiszpańskich czy francuskich, antycznych i renesansowych mozaik, a także do polskiego folkloru. idealnie odnajdują się w nowoczesnych wnętrzach, wprowadzając do nich odrobinę melancholii.

w polsko-hiszpańskiej manufakturze Purpura kafle wytwarzane są ręcznie w żeliwnej formie. barwione pigmentami nieorganicznymi odpornymi na warunki atmosferyczne i prasowane, następnie dojrzewają niczym zacny ser lub wino przez 28 dni.

ten żmudny proces nadaje im uroku, jakiego próżno szukać w kaflach produkowanych przemysłowo. i jedyna ich wada jest taka, że nie umiałabym wybrać, zdecydować się na jeden wzór. ale... wychodząc naprzeciw takim malkontentom jak ja powstał patchwork.  ♥♥♥









---------
zdjęcia ze strony http://www.purpura.eu/

sobota, 16 marca 2013

testy

na dowód, że przymiarki były, a w ślad za nimi głęboka analiza i refleksja. zwieńczona epokowym stwierdzeniem: TE.

cepelia


osiołkowi w żłoby...





z nosem przy podłodze

poranna niezwykle przytomna rozmowa telefoniczna nie-męża
"dzień dobry czy dziś są Państwo otwarci w sobotę do 13?"

była doskonałą kontynuacją wczorajszego równie przytomnego magistra, opowiadającego o niezbyt szczęśliwym pomniku peowiaka sprzed Zachęty
"...on tak wygląda jakby spadał z tej ławki, a nie śmiertelnie umierał"

i w ogóle zdarzeń dziwnych w stylu - mycie łyżeczki w umywalce w łazience i wycieranie jej papierem toaletowym...

coś ewidentnie wisi w powietrzu...

aż dziw bierze, że później poszło tak gładko. rach, ciach i listwy wybrane. no bo niby jechaliśmy zdecydowani na konkretny model, ale... wyszliśmy z 4 próbkami i typem zupełnie innym niż pierwotny. szczęśliwie w mieszkaniu od razu okazało się, że jednak stara miłość nie rdzewieje i  powróciliśmy do opcji nr 1.




and the winner is:


teraz tylko wszystko wymierzyć i sru. jeden problem z głowy. czy nie mogłoby ze wszystkim iść tak sprawnie? 
tak tak, oczywiście nie ma cudów, podłoga nierówna, będą szpary... ale mówi się trudno. żadne z nas już nie ma siły się tym przejmować. a o ile życie jest piękniejsze :)

-----------
* zdjęcia stąd: http://parkiet.pl/

niedziela, 30 września 2012

kurz, och kurz

no nie mogło być aż tak pięknie... podłoga cudownie nie zblakła. niestety.

nie pozostaje nam zatem nic innego jak tylko kurzyć ją na potęgę i tego zamierzamy się trzymać. kurczowo.






przykurzona panorama


środa, 26 września 2012

widzenie

dziwne uczucie kiedy patrząc na podłogę uświadomiłam sobie, że wielkie błeee gdzieś przepadło... nie mogłam w to uwierzyć, więc tym mocniej zmuszałam się do trzeźwego osądu... wyeliminowałam też element zamroczenia, szczypiąc się tu i tam. no i nic. 

everything is possible? hehe... 
do wszystkiego się można przyzwyczaić? 
wychodzi na to, że chyba... tak. 

rozdziawiona paszcza i szeroko otwarte oczyska musiały ustąpić miejsca nieśmiałemu uśmiechowi i solidnej dawce niedowierzania. 
- no nawet ładna ta podłoga. nie taka jak miała być... ale nawet całkiem ok. 
i to bez bez kokieterii!

matkoboskoczęstochowsko!

ten dzień miał nigdy nie nastąpić... a jednak!

nie wiem czy to zasługa unoszącego się w powietrzu i osiadającego na wszystkim pyłu, upływu czasu, czy innych mocy magicznych, ale nie ważne. widziałam podłogę, oświetloną światłem sztucznym (czyli najgorszym możliwym! sic!) i pomarańcz stracił zdecydowanie na swojej pomarańczowości! nie potrafię wytłumaczyć jak to możliwe, ale no tak!
jeśli to zasługa pyłu - tym lepiej dla nas! dla utrzymania równowagi psychicznej zrezygnujemy ze sprzątania i zapuścimy gęsty kurz i kłaki. jak to ma być rozwiązanie naszych problemów to ja już się poświęcę :p gotowa jestem nie tknąć odkurzacza do końca swych dni, albo nawet o jeden dzień dłużej. słowo skauta.

tak więc nieoczekiwanie (tfu, tfu , odpukać) podłoga łazienkowa i podłoga ogólnopokojowa zostały  pobłogosławione przez zołzowatą teściową, z prawie otwartymi ramionami przyjęte do rodziny i przytulone do piersi. obdarzone miłością niełatwą, aczkolwiek rokującą.

łza się w oku kręci. 

czasem ucieczka od problemu działa...


wtorek, 4 września 2012

om

widziałam ją.
na żywo!
ułożoną.
kawałek.
i starczy.
do niektórych rzeczy nie można się przyzwyczaić.

dzień pod wezwaniem eternal om...


i kojącej klasyki

czwartek, 30 sierpnia 2012

moc niemocy

tak to sobie trwa i płynie, lato zaczyna się jesienić... i takie wielkie nic mam w sobie. już przestałam czekać na spektakularne zakończenie, które odpłynęło gdzieś poza horyzont. nie mam nawet serca do projektowania najważniejszych przecież szafek kuchennych!!! serca (a może żołądka?) naszego mieszkania. najzwyczajniej w świecie przestałam chyba wierzyć w to, że się tam kiedyś przeprowadzimy. więc po co to wszystko? z drugiej strony nasze zawrotne 26 metrów wygląda jak pobojowisko. chciałabym jak najszybciej stąd uciec. żyjemy w stanie permanentnego rozkładu z przylepioną do ust maksymą - już się nie opłaca sprzątać. więc wszystko wokół przyrasta w zastraszającym tempie, piętrzy się miesiącami. marzenie o dużej szafie staje się obsesją, jednocześnie rośnie lęk przed rozczarowaniem, że szafa jednak z gumy nie będzie i do moich nabrzmiałych potrzeb się nie rozciągnie.

nie cieszy mnie nawet to, ze deski podłogowe przyjechały i w przyszłym tygodniu Panowie mają się z nimi zmierzyć. w innej sytuacji byłoby wielkie ŁAŁ. biorąc jednak pod uwagę to, że w międzyczasie doszliśmy do wniosku, że nasza wymarzona podłoga będzie jednak zbyt pomarańczowa oraz to, że przy pierwotnych założeniach do tego momentu ściany miały być już powylizywane na glanc (a nie są), fakt ułożenia desek stracił jakoś na swojej atrakcyjności.

na znak protestu maluję pazury na czerwono. jak opętana.

trochę zamieszania i elegancji do naszego zakurzonego życia wprowadził ślub i wesele K&R. przy mojej ostentacyjnej i nigdy nie ukrywanej niechęci do tego typu imprez, zostałam szalenie pozytywnie połechtana całokształtem. naprawdę fajnie to wszystko wyszło! dobrze się też bawiliśmy robiąc zdjęcia, jeszcze fajniej oglądając ich efekty. i milutko byłoby poświęcić trochę czasu i wolnego umysłu doprowadzając wszystko do spójnej całości... ale kolejna niemoc... tym razem spowodowana infekcją górnych dróg oddechowych. jakby kaktus gigant wyrósł mi w gardle. 

potrzebuję kreatywnych wyzwań i nieoczywistości. i nowego koloru lakieru do paznokci :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

wycieruchy

bynajmniej nie chodzi tu o super modne spodnie remontowe, na cześć których peany wyśpiewywałam/ wypisywałam/ wizualizowałam kilka postów temu... ku czarnej rozpaczy mojej, chodzi o płytki. płytki podłogowe. łazienkowe. smoluchy jedne. nie wiem jak to się stało, ale łaska boska musiała nas opuścić w dniu ich zakupu. najwyraźniej. bo inaczej wytłumaczyć tego nie umiem. gdzie my oczy mieliśmy? usprawiedliwiam się tym, że pewnie na ekspozycji wyglądały lepiej, były równomierne i dopasowane do siebie, czego z całą pewnością nie można powiedzieć o naszej, wirtualnej jak na razie, podłodze w łazience. w porównaniu z pięknymi płytkami w przedpokoju i kuchni, które kocham miłością nieskończoną, to co zobaczyłam 2 dni temu zburzyło mój, i tak już mocno nadszarpnięty, spokój ducha. nie skutkują medytacje i natrętne powtarzanie mantr. dopiero dziś jestem w stanie cokolwiek w temacie napisać. do tej pory nie mogłam się zwyczajnie otrząsnąć. z wrażenia poszłam nawet do pracy, pomimo planowanego urlopu. tak mnie nosiło! doszłam do wniosku, że w domu nie wysiedzę, muszę zająć myśli czymś kompletnie innym. i pierwszy raz w życiu odwołałam urlop. musi być ze mną źle.

piekło płytek zatem trwa. pokusa, żeby pobiec do sklepu i kupić coś innego wielka, powstrzymuje mnie tylko wrodzono-odziedziczony racjonalizm i samozaparcie wynikające z dziurawego portfela. po dogłębnych przemyśleniach doszłam do wniosku, że wolę brzydkie płytki i ładne krzesełka niż ładne płytki, piwnicę zawaloną brzydkimi płytkami i brak krzesełek.

a mogło być tak pięknie, kwarcytowe czarne płytki uśmiechały się szeroko, szczerząc lśniące promocyjną rozkoszą zęby. i były już tak blisko... tuż tuż... kiedy głośno i zdecydowanie przemówił rozsadek. czarne błyszczące płytki plus żwirek z dwukociej kuwety to coś co tygryska niechybnie doprowadzi do szału, postradania zmysłów i szewskiej pasji, zmieniając jego puszysty ogonek w hippie-dreada bezustannie szorującego podłogę.
a zatem mat. złamana czerń. tak, żeby brudu nie było widać.
no i poszło... i mamy jak chcieliśmy, podłogę na której nie będzie widać brudu... bo sama wygląda jakby była permanentnie brudna. i nie straszny jej żaden domestos ni WCkaczor. tu może pomóc tylko farba... smoła ewentualnie.

próbując krótko opisać wygląd naszej nowiusieńkiej podłogi można użyć jedynego słusznego porównania - asfalt zalany smarem. ja mam jeszcze skojarzenia ze sfatygowaną papą jaką dziadek zdejmował z dachu komórki - jeśli komuś to bardziej działa na wyobraźnię...
znaczy no ja się przyznaję do uwielbienia dla industrializmu, surowego betonu, ale to chyba za duży hard-core nawet jak dla mnie.

płytki standardowo okazały się nierówne i mega-łaciate - to ta sama seria co kuchnia/przedpokój, tylko odcień dużo ciemniejszy (czytaj bardziej paćkowaty). mamy na płytkach monochromatyczny przegląd kolorystyczny - od czarnego, poprzez wszelkie możliwe odcienie szarości aż po niewielkie przebłyski niemalże śnieżnej bieli. no szał... mogłyby imitować łaciatą krowią skórę - ekologiczna podpowiedź dla wielbicieli stylu country.

co najgorsze, łazienka jest mała, więc i płytek nie dużo (szczególnie takiego rozmiaru) i tym samym zapasu jak na lekarstwo. powiem wprost - 1 płytka duża i 3 małe. z tego się nawet nie da puzzli ułożyć! nie ma jak skrzydeł rozwinąć. kreatywność stłamszona w zarodku. płacz i zgrzytanie zębów.
nie będę zaprzeczać ani wypierać się... no trudno. tak, miałam odruchy wymiotne i chciałam uciekać, żeby tylko tego nie oglądać... w środku wszystko krzyczało WHY, ewka, WHY? 
nie-mąż pocieszał, że to się schowa pod kabiną, a to pod pralką, a tu będzie kilbel, tego nie będzie widać bo umywalka zasłoni. niebiosom jestem dozgonnie wdzięczna za takie bogactwo sprzętu łazienkowego!

na zakończenie tego przydługiego wywodu, podszytego niemym krzykiem rozpaczy, mała scenka rodzajowa:

stoję w zadumie nad rozłożoną virtu-podłogą, przerażenie z każdą minutą coraz ciekawiej zagląda mi w oczy... kontempluję każdy centymetr tego wiekopomnego dzieła rozpostartego przede mną z niedowierzaniem i dziwnym wrażeniem, że przecież musi to być sen. podszczypuję się ukradkiem w łokieć, ale jakoś dziwnie nie mogę się przebudzić...
przychodzi Mistrz-Maestro-Chef i w miejsce standardowego, entuzjastycznego "o! fajnie to wymyśliliście, dopiero teraz widać jak to bedzie wyglądało" pada pełne współczucia "do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić..."

także tego. no.

i żeby nie było, że jestem golosłowna. tadam.