Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GIY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GIY. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 lipca 2013

tajemniczy ogród

pogoda szczęśliwe się opanowała i trochę nam odpuściła, a ja nie pamiętam kiedy ostatnio tak się szczerzyłam do ciężkich chmur za oknem. jest czym oddychać, jest pięknie. okazuje się, że do życia nie trzeba nic więcej, tylko tlenu. rześkiego tlenu. bez niego nieważne stają się wszystkie wille, pałace czy wypaśne bryki. 

korzystając z okazji, że na oknem temperatura spadła z 54 do 22°C i mogę swobodnie podnieść rękę, bez ryzyka utonięcia we własnym pocie, zrobiłam balkonową sesję, bo wszystko tak pięknie rośnie, że mogę się gapić godzinami z rosnącym z minuty na minutę poczuciem jedności ze światem, potocznie zwanym stanem zen. 

soczysto, zielono, kolorowo, owocowo i pączkująco. idzie nowe. gdybym nie miała tej przyziemnej świadomości że to tylko (i aż!) balkon, to bym pomyślała, że mam piękny ogród. w nadchodzącej nieuchronnie fazie obłędu może tak właśnie będę sobie myśleć...








do pełni szczęścia brakowało nam jeszcze tylko poziomki. ale już jest. przyjechała, wyczekiwana i wytęskniona. i od razu puszcza nowe listki, kwitnie i ma 2 owoce z czego jeden szykuje się na jutrzejszy deser :D








niedziela, 21 lipca 2013

summer in the city

ok nie każdy jest takim szczęściarzem, że może pochwalić się własnym ogródkiem. ba! przez ostatnie 7 lat nie był mi dany nawet metr balkonu. ale od kiedy dorwałam go w swoje łapki, nagle okazało się, że na niewielkiej powierzchni można wyczarować cuda. cuda na miarę. i niczym moja ogrodnicza guru Alys Fowler urządziliśmy miejski ogródek ziołowy. 

oczywiście nie mieliśmy cierpliwości, żeby wszystko hodować od ziarenka, więc na zakupach głowa bezustannie kręciła nam się dookoła własnej osi, występował wzmożony ślinotok i mocno trzeba się było przywoływać do porządku, żeby balkon nie przemienił się w tropikalną dżunglę... a po 3 tygodniach w krajobraz niczym po wybuchu bomby atomowej. 

a zaczęło się niewinnie - od nieśmiałej uprawy papryki i kolendry z ikeowskiego seciku, później w nasze szpony wpadła lawenda i cyprys, no i totalny must have - kocimiętka, która zaczyna już kiełkować. w sobotę w prezencie od taty dostaliśmy piękną dekoracyjno jadalną papryczkę... a potem pojechaliśmy po bandzie. i przepadliśmy. bazylia czerwona, bazylia grecka, oregano, mięta mojito i kolendra w rozkwicie. 

a na deser bazylia, której żałosny wygląd spowodowany jest słusznym już wiekiem - odziedziczona w związku z wyjazdem wakacyjnym rodziców - ma już ponad rok... i nadal żyje! więc zamiast rechotania szacun się należy.

tadam, tadam. 

















a nocą nasz ogródek wygląda tak


poniedziałek, 17 czerwca 2013

trzy dni z życia...

od powrotu z wyjazdu tylko biegamy i biegamy. załatwiamy sprawy, po których nie ma żadnego wymiernego śladu. w ramach buntu postanowiliśmy więc zasiać (co z tego, że 2 miesiące po terminie wysiewu :/) namacalne roślinki. odrobina orientu i pikanterii. chili i kolendra. duet doskonały.

kiedy zobaczyliśmy kompaktowe zestawy dla laików w Ikei, byliśmy ugotowani. na jednym się oczywiście nie skończyło, ale zgodnie doszliśmy do wniosku, że królikiem doświadczalnym zostanie chili - jako najmniej wymagające - w sumie ma być tylko ostre ;p

nie za bardzo wiem co nam z tego wszystkiego wyjdzie, ale zapał nie-męża i jego codzienne, skrupulatne doglądanie, jak na razie rokuje nie najgorzej. przez pierwsze dni oczywiście nuuuuda, ale od soboty coś drgnęło i jak się zaczęło rozkręcać, to idzie jak burza. a ja prowadzę foto dzienniczek, żeby sobie upływ czasu zwizualizować. i postęp. i tak się złożyło, że i przełom w remoncie nastąpił. wreszcie przeszliśmy do przyjemności i widać efekt naszej pracy nie na wizualizacji tylko w realu.  i wszystko gra. nawet lepiej niż się spodziewaliśmy. domowo się zrobiło i banan od 4 godzin z twarzy nie schodzi, ale o tym kiedyś... bo czasu wciąż za mało. 

pięknie jest!!!!!


sobota




niedziela



dziś