wtorek, 10 września 2013

so far so good

jesteśmy po raz milion sto piętnasty w Budapeszcie, na dwutygodniowym urlopie. zamiast morza / jeziora / gór znowu miasto. ten typ tak już ma. pogoda trochę zawiodła, ale jak dotąd udało nam się:
  • zaliczyć mega piękne lądowanie wzdłuż Dunaju nad samym centrum miasta,
  • upić pierwszego dnia winem,
  • codziennie, z uporem maniaka się przejadać,
  • przechowywać masło w mini-barze,
  • doliczyć 25 (!!!) par skarpet zabranych na 2 tygodnie przez nie-męża (i zajmujących nota bene pół walizki... ale to historia zupełnie bez puenty),
  • uciekając przed deszczem zaliczyć dłuuugi shopping, na którym nie-mąż niczym rasowa galerianka upolował sobie wymarzoną marynarkę i buty. mi pozostało ślinienie się do sklepowych wystaw. twarda byłam.
  • zapiknikować, pierwszy (hopefully nie ostatni) raz na Wyspie Małgorzaty,
  • paralitycznie szaleć na trawce z frisbee,
  • prawie opanować kurs forinta.

jest ciężko ;p













sobota, 31 sierpnia 2013

nowe drzewo

wyrosło nam na balkonie, a na nim od razu pojawił się ptak. sówka gwoli prawie-ścisłości. 

drzewo bez liści i nie-zielone, za to z sizalem i dwiema półkami. wieloletnie miejmy nadzieję. od razu stało się ulubionym punktem obserwacyjnym jednej takiej szarej.





zgaduj zgadula - ile metrów sizalu zostało zużyte do powstania tak niewinnie wyglądającego drapaka? 

podpowiedź - Tata wykupił cały zapas sizalu Casto... dwukrotnie! hahahahh! to trochę tłumaczy ceny drapaków na rynku :D

czwartek, 29 sierpnia 2013

jeśli nie chcesz mojej zguby...

stolik składany na balkon zrób mi luby. lub Tato lubego.

kolejna rzecz, której nie mogliśmy znaleźć w sklepie, a stary roboczy stolik tak nam się idealnie wpasował na balkon, że wymarzyliśmy sobie jego wierną kopię. wierną wymiarowo. materiał - sklejka na blat, reszta whatever - ważne, żeby dało się zmalować na biało. no i chcieliśmy to mamy, bo oczywiście u Taty obowiązuje zasada - mówisz, masz.






bosz jak nam wszyscy tego taty zazdroszczą, aż mi głupio mówić, że znowu coś fajnego zrobił... ale jakoś się przełamię, bo stolik to nie jedyna balkonowa atrakcja. wymyśliliśmy sobie jeszcze kwadratowe skrzynki z osb, takie pod wymiar ikeowskich secików. Tata przeszedł sam siebie - wszystkie łączenia, oczywiście nawet nie pytając, zrobił pod kątem 45°, żeby z żadnej strony nie był widoczny bok płyty. no złoto żywe.







a na balkonie busz. poza mszycą, która pożera naszą poziomkę i którą staramy się zneutralizować i oregano, które w tajemniczych okolicznościach wyschło - pomimo regularnego podlewania. reszta roślin ma się doskonale. kocimiętka dzielnie znosi Gajo-podgryzanie, wyrywanie, obfity ślinotok i następujący po wszystkim haj, cyprys nie obsycha, 2 letnia, zabiedzona bazylia z 5 listkami na krzyż atakuje nowymi kępkami liści, a posiana przez nas papryka i kolendra to już absolutny hit. zielona, soczysta i rośnie w górę.

pamiętacie?




teraz wygląda tak







miałam kilka momentów zwątpienia, kiedy kolendra zaczynała żółknąć i marnieć w oczach, ale nie-mąż wyczaił, że był to pewnie moment, kiedy wykorzystała wszystkie składniki odżywcze w eko-rozkładalnej doniczce, z którą została wsadzona do ziemi i jak tylko przebiła przez nią korzonki, zaczęła rosnąć jak burza. serio! jak by przyleciała jakaś dobra warzywna wróżka z magiczną różdżką i sypnęła czarodziejskim pyłkiem. 
tymczasem rzeczywistość okazała się taka banalna. ale nic to. trzecia próba wyhodowania kolendry - tym razem mega udana, w kontraście do poprzednich dwóch... papryka pewnie już nie zdąży zakwitnąć i zaowocować, bo posialiśmy ją jakieś 3 miesiące za późno, ale oj tam, oj tam. ważne, że okazało się, że na balkonie też się da. a to jest dowód i zachęta na przyszły rok. 

środa, 28 sierpnia 2013

Frankfurt - zdecydowane NIE

będzie to historia, której miało nie być, ale jakoś do tej pory nie mogę się otrząsnąć z traumy, więc będzie post ku przestrodze. drodzy czytelnicy - jeśli planujecie podróż samolotem z przesiadką - wystrzegajcie się lotniska we Frankfurcie. Seriously!

acha i mówię tu nie tylko w swoim imieniu... tego dnia (a może w sumie każdego kolejnego?) było nas wielu!!!

żeby było w telegraficznym skrócie. podróż powrotna z Mediolanu. z przesiadką. we Frankfurcie. slot na przesiadkę - 1 godzina. z palcem... już w Mediolanie opóźnienie. samolot za późno przyleciał (podobno złe warunki pogodowe - jak się później okazało omójboże deszcz), w związku z tym boarding opóźniony o 25 minut. zatem na przesiadkę zostało 35 minut. no dobra. spoko... albo jedna nie tak spoko jak by się wydawało, bo niestety w związku z opóźnieniem musimy czekać na nowy slot do startu... jakieś 20 minut. ciśnienie wzrasta. nie w kabinie. w mózgu. 

pod koniec lotu same informacje z prośbami o niezwłoczne kierowanie się do swoich gatów transferowych, po czym 5 czy 10 minut na wpięcie samolotu do rękawa, zen nikomu się nie spieszy (i ja rozumiem procedury, ale w kolejnym locie to zajęło połowę tego czasu). każda minuta się wlecze. wszyscy stoją w korytarzu, przestępują z nogi na nogę. my w ostatnim rzędzie - tak się szczęśliwie złożyło. lądowanie jakieś 10-15 minut po rozpoczęciu boardingu na nasz następny lot. wprost cudownie. kolejny lot rano. jak to rano? rano przecież do pracy!

okazało się, że nie jesteśmy osamotnieni. łączyliśmy się w bólu z grupą ok. 30 hiszpanów. tak szybkiej ewakuacji z samolotu (bez katastrofy) to nawet nie-mąż jeszcze nie przeżył. wszyscy wybiegli jak stado słoni i rozpierzchli się w odmętach lotniska. 

jakaż ja byłam nieświadoma tego co mnie czeka, kiedy słyszałam nasze nazwiska wzywane na last call. dopiero później okazało się, że był to początek absurdalnej i niekończącej się drogi donikąd. wysiedliśmy na terminalu A, który jest kompletnie odrębnym budynkiem od terminalu B, nie połączonym na żadnym poziomie. czyli, żeby się do niego dostać, trzeba przejść pod płytą lotniska. głęboko pod płytą lotniska. i daleko. jak w tych grach typu tomb raider, których nigdy nie rozumiałam. w końcu miałam okazję zostać Larą Croft, tyle że bardziej spoconą i bez szotgana. 

niekończące się korytarze, w które trzeba skręcać, ciągle orientując się czy aby na pewno jest się na właściwej ścieżce, zakręty, zbieganie 3 piętra, żeby potem móc wbiec 3 piętra...  genialne. wszystkie napotkane taśmy fast-line nie działały, bo po co by miały działać na takim molochu.

na początku tego wyścigu z czasem (w drodze w dół) usłyszałam "I hate this fucking airport" od dziewczyn biegnących w przeciwnym kierunku, a pod koniec drogi (biegnąc po schodach w górę) bluzgałam polską, nieco zmodyfikowaną wersję. 

dobiegliśmy do gatu, ku wielkiej uciesze pań z Lufthansy i wtedy wyzionęłam ducha, dostałam takiej zadyszki, że nie mogłam wyjąć biletu z plecaka, przerażenie (odwzorowane na ich, do tej pory uśmiechniętych, twarzach), że zaraz opuszczę ten padół rozpaczy, spowodowało, że otworzyły mi bramkę dla niepełnosprawnych, żebym się w kołowrotku absurdu nie zaplątała. 

w normalnym tempie ten odcinek pokonywałoby się 30 minut. jakiś koszmar. my musieliśmy w 10. bagaże nie miały tyle samozaparcia co my i nie doleciały.

dziękuję, pozdrawiam, Frankfurt - zdecydowane NIE.