sobota, 20 lipca 2013

niemy świadek

nasz najpierwszy mieszkaniowy zakup. jedyny w swoim rodzaju. kompletnie wyjątkowy. wylicytowany na cel szczytny. w aukcji zorganizowanej przez mój ulubiony sklep wnętrzarski - IKEĘ (żeby wpleść słowiański akcent ;p). radość wielka! tym większa, że dwustronna.

lampy.

2 lata temu było tak...





docelowo dostały miejsce zaszczytne. nie do przeoczenia. tak, żeby dobrą aurę rozpościerać.







* lampy zmalowane przez Gosię Herbę i Mateusza Kołka.

środa, 10 lipca 2013

zrób sobie raj

a jak się nie da to przynajmniej... jelenia. wszak każda szanująca się posiadłość ma w swych progach poroże. a ja szanuję tylko te domostwa, w których poroże jest eko i animal- friendly. nasz łoś czy jelon to kolejny wczesno-radosny zakup, zanim znoje remontu stały się nieznośne i straciliśmy cały polot. w ogóle tak podsumowując - najlepsze pomysły zrodziły się tuż po zakupie, zanim jeszcze nasze szeroko rozłożone skrzydła zaczęto konsekwentnie podcinać, a brutalna rzeczywistość dorwała nas w swoje bezlitosne szpony.

ale wracając do naszego trofeum - nie dość, że jest wizualnie doskonałe, spełnia podstawową zasadę - czyli nie było kiedyś żywe, to przy jego składaniu bawiłam się bosssssssko. jak w przedszkolu do którego nie chodziłam, a o którym codziennie, w porze poobiedniej, marzę. ze względów wiadomych ;p








pomimo niewielkiego ruchu na korytarzu łoś zrobił furorę już w dniu przeprowadzki, a teraz powoduje uśmiech na każdym, kto do nas wchodzi. 

poniedziałek, 8 lipca 2013

koty nabalkonne

skwar, ukrop, żar się leje z nieba, a futra się smażą na balkonie. jeszcze Mik, jako rodowita turczynka, jest w pewnym sensie usprawiedliwiony, ale Gaj wędrujący po parzącej poręczy? no tego już nie ogarniam.












a jak się robi chłodniej to kotki jakoś tracą zainteresowanie balkonem...

jeśli już przy upałach jestem, to w palącej kwestii walki z wszędobylskimi kłakami - jedno słowo - furminator!!!! od soboty jestem wielką fanką!


czwartek, 4 lipca 2013

now or never

przyczyn tego, że ostatnio było tu pusto jest bardzo wiele... nie, właściwie jedna - brak czasu, z przyczyn bardzo wielu. o! 

nie-mąż w jakimś mega rozkroku, bywa w domu 1,5 dnia w weekendy, resztę czasu spędza to tu to tam, bynajmniej nie rekreacyjnie. w związku z tym, w zeszły weekend padło złowieszcze "teraz albo nigdy" i się zaczęło!

jedno słowo - przeprowadzka.

a potem było już tylko gorzej. przemęczenie, depresja a na koniec histeria jak a lala. nigdy nie planujcie przeprowadzki (ze sprzątaniem docelowego lokum) na 1,5 dnia. to zadanie zdecydowanie dla ludzi o mocnych nerwach. i chociaż połowa gratów została w starym mieszkaniu, to i tak był hardcore i upojne szukanie  gaci w pudłach o poranku. i chleba na śniadanie, bo zaginął bez śladu. i ostatecznie znalazł się  na swoim miejscu, czyli w szafce, ale nikt nie pamiętał, że go tam odkładał. 

przy okazji załamałam się ilością rzeczy, które nagromadziliśmy. tak na serio, przeraziłam się!!! teraz mam mocne postanowienie, że nic nie kupuję. nic nie potrzebuję. skoro daję sobie doskonale radę bez połowy rzeczy, które zostały i reszty, która tworzy pudlasty pierdolniczek w pokoju, z którego zrobił się pełnowymiarowy składzik, czy piwnicy, to oznacza, że rzeczy mamy co najmniej 2 razy za dużo.

no więc jesteśmy jedną nogą tu, drugą jeszcze tam. a właściwie to sama jestem. z ogonami tylko, które już nie wchodząc w szczegóły zaaklimatyzowały się całkiem idealnie. 

pierwszy noco-dzień był istnym koszmarem. żadnych fajerwerków, spadających meteorytów ani deszczu żab. totalne zmęczenie plus kompletny rozkład. i pęk siwych włosów na czubku głowy. do tego 3 godziny snu, bo przy takich oknach w najdłuższe dni w roku bez rolet spać się nie da. miałam wrażenie że jestem w skandynawii w czasie białych nocy. rano kompletne zombie. przeżycie niezapomniane, skutkujące zaklejeniem sypialnianych okien pseudo-roletami, czyli tekturą. casto jak zwykle niezawodne. nawet chciałam zrobić pamiątkowe zdjęcie, ale jest tam tak rozkosznie ciemno, że no way :)

od kiedy przespałam całą noc, moje nastawienie, że wszystko jest do dupy i zupełnie nie tak, jak być miało, zmieniło się o 180 stopni. pierwsze lody przełamane, a mieszkanie powoli się oswaja... samo. i jest całkiem zajebiste ;p 

z przerażeniem w oczach myślę tylko o sprowadzaniu tutaj resztki dobytku i ogarnięcie pokoju pod wezwaniem siedmiu nieszczęść i 10 plag egipskich...

ale zen. jak niżej ;p






wtorek, 25 czerwca 2013

uczta

islandzka magia pod deszczowym niebem, czyli koncert Sigur Rós. energetyczna uczta dla zmysłów. 

dają taaaaakieeeeeeego czadu! dopiero na koncertach w 100% czuć tą muzykę. i za każdym razem jestem tym faktem zdziwiona i zostaję z rozdziawioną paszczą... 

i chcę znowu :)
[to taki przekaz podprogowy! ;p]






i co  tego, że jakość kiepska, ale ten klimat robi swoje!!!




------------------
i mały update, bo właśnie się pojawiło na FB!!!! 

takk varsjá & pólland!

sobota, 22 czerwca 2013

muchomor

wszystkich którzy pytają dlaczego ten nasz remont tyle trwa zachęcam do:
  • policzenia rzeczy, które musieliśmy sami (znaczy częściej niż rzadziej w osobie Taty) wymóżdżyć, wypreparować, cudownie stworzyć,
  • popukania się w głowę i zacytowania - "trzeba było spasować z perfekcjonizmem".

na zagryzkę dorzucę jeszcze grzybka. może i marynowanego, ale z całą pewnością muchomorka. na dodatek halucynogennego. historia grzybka jest długa, zawiła i bolesna. 

żeby uprościć - na początku remontu na hurra kupiliśmy kabinę z brodzikiem, zamroczeni chyba tapetą (bo to się akurat zbiega w czasie). okazało się jednak, że brodzik nie jest całkowicie płaski, a takowy miał przecież być. więc szybciutko, prawie po kryjomu kupiliśmy nowy brodzik, do którego trzeba było niestety dodatkowo przenosić odpływ i instalację... ale to już zupełnie inna para kaloszy. no i wszystko było pięknie, kabina dorodna na brodziku rozkwitła, mijały kolejne miesiące. aż do dnia kiedy tata zamontował korek do odpływu... i wtedy okazało się że ojeeeeej... nie zmieniliśmy syfonu... yyy... i ten się nie nadaje, bo korek wystaje z odpływu na 1 cm! myślałam, że padnę na zawał. oczyma wyobraźni widziałam już swoje rozcharatane paluchy, złażące paznokcie i tego typu klimaty. byłam gotowa rozwalać kabinę własnymi ręcami, żeby tylko wymienić ten nieszczęsny syfon...
i wtedy Pomysłowy Dobromir zabawił się w artystę i stworzył grzybka i muchomorka w jednym (układ otworków to jego projekt autorski!!! ♥)

metaloplastyka doskonała. wyklepany z kwasówki - ulubionego materiału Taty.








do głowy nam nie przyszło, że można ręcznie zrobić coś tak pięknego z blachy. równy, błyszczący, gładziutki i niezniszczalny. no i jest to kolejna rzecz (obok blatu kuchennego, biurka i mocowań kociej siatki) której nie ma nikt inny :D

piątek, 21 czerwca 2013

shake, shake it baby

wczoraj naszła mnie refleksja, że jesteśmy antycelibatycznym odłamem Shakersów. sekyty takiej, która poza modłami gorliwymi i rolnictwem, parała się tworzeniem prostych, funkcjonalnych i perfekcyjnie wykonanych mebli. np. krzesełek, za które dziś ktoś gotów jest zapłacić 100 tys. dolarów (za sztukę, dodajmy). mebli bez ściemy. dopracowanych w takich szczegółach, że nikomu się nie śni.  jeśli klej to odpowiedni i aplikowany w takiej ilości, żeby się krzesełko po 2 latach nie rozleciało. Shakersi wierzyli bowiem, że wielki brat patrzy i za fuszerkę zginą marnie w piekielnych czeluściach, strawieni przez diabelskie płomienie. 

w dużym skrócie.

Shakersowy prym wiedzie oczywiście Tata, który ostatnio przeszedł sam siebie. źle wywiercił otwory do przyczepienia lustra w łazience i niestety trzeba wymienić kilka kafelków mozaiki. na naszą nieśmiałą sugestię, żeby wymienił tylko tam gdzie widać, odpowiedział: nie no tak to być nie może... (!!!)

rytualne drżenie, konsultacje z duchami i pełnia świętości przyjdzie z czasem...

może przynajmniej ktoś kiedyś kupi nasze mieszkanie za miliony dolarów?





oszołomy w akcji

p.s. niech nikogo nie zwiedzie modernistyczny styl tych mebli. wszak to wiek XVIII. bauhaus przyszedł kilkaset lat później ;p