FIN
środa, 11 lipca 2012
wtorek, 10 lipca 2012
sito
był taki czas kiedy z namiętnością wielką oddawaliśmy się upajającemu zajęciu oklejania okien. wydaje się ono lekkie, łatwe i przyjemne. błahe wręcz. relaksujące. tak, może i racja, ale przy takiej ilości i gabarytach okien jak u nas, jest to proces przede wszystkim żmudny i dłuuuuuuuuugotrwały. odkurzanie, mycie, pucowanie, wycieranie, obklejanie, potyczki z 20 m² niesfornej folii ochronnej, zwycięskie okiełznanie, przyklejanie, wycinanie otworów na drzwi i tak w kółko...
aż któregoś dnia ten znajomy rytm został niecnie zaburzony. zaczęło się niewinnie. odkurzanie, mycie, pucowanie, wycieranie, obklejanie, potyczki z 20 m² niesfornej folii ochronnej, zwycięskie okiełznanie... i... kopara w dół. o jaaaa... gdzie jest opakowanie? może to jakaś awangardowa odmiana? może to szablon?
sito po reanimacji
zaznaczyć muszę, że folia była nieco grubsza od tych, których zazwyczaj używamy i dziury były fabryczne, co oznacza, że przy całej naszej niezdarności manualnej, nie powstały przy rozkładaniu / montażu.
i może nawet byłoby to śmieszne, gdyby nie było tak żałosne... niestety nie znalazłam opakowania, a to była (szczęśliwie) jedyna sztuka, ale aż strach pomyśleć, że była produkcji rodzimej. co jest niestety wielce prawdopodobne. i gdzie my taką folią chcemy zawojować świat?
swoją drogą ciekawe czy jest jakaś polska norma określająca maksymalną ilość dziur w folii, która chronić ma teoretycznie nie tylko przez pyłem, ale i farbą? jeśli nie to może najwyższa na nią pora.
amen.
poniedziałek, 9 lipca 2012
bilans weekendu
pracowicie. ale cóż za miła odmiana - zamiast na budowie to w garach! po uszy prawie. i co z tego, że 30°C w mieszkaniu. radocha jak rzadko. i efekt jakiś taki udany kolorystycznie.
to chyba już ostatnie dżemy truskawkowe w tym sezonie. szkoda. uzależniłam się.
niedziela, 8 lipca 2012
reminiscencja
jako, że problemy wynikające z braku snu zaczęły się pogłębiać, a okoliczności przestały sprzyjać, postanowiliśmy zwolnić to co przez ostatni tydzień tak uporczywie chcieliśmy przyspieszyć. montaż podłogi przesunięty o miesiąc. w obecnym stanie miesiąc czy trzy miesiące w jedną czy drugą stronę nie robią różnicy. tym bardziej, że nie-mąż wyjeżdża na 2 tygodnie w świat - szkolić, uczyć i audytować. jak zwykle w najlepszym możliwym terminie!
powyższe oznacza być może więcej snu. mówię to tak ostrożnie i szeptem, żeby nie zapeszyć. i tak mi się właśnie przypomniało, że ten drastyczny stan permanentnego niedospania rozpoczął się dokładnie tydzień temu. a zdarzenie inauguracyjne tylko potwierdziło niezaprzeczalność mądrości życiowej nr 2: it's a crazy world we live in.
sobota. godzina 7 rano.
koty się już wyspały, zregenerowały i odnowiły na wszystkie możliwe sposoby. rozpoczyna się koncert. w roli solistki Gaj, znany w świecie, wciąż niedoceniony w domu, sopran.
poduszka na głowę. następuje proces wyparcia i ignorancji. koncert robi się coraz cichszy, rozpływa się w eterze zawrotnego metrażu.
cisza.
upragniona. doskonała. sen.
drrrrrrr. dzwonek do drzwi. zawał serca. co się dzieje, gdzie ja jestem. 7:20.
drrrrr.
okolicznościowy bluzg, a nawet cała wiązanka. zmuszam żelkowate ciało do przemierzenia zawrotnych 4 metrów do drzwi. wkurw proszę Państa jak rzadko. na drugim metrze zaczynam sobie uświadamiać, że być może rozkoszny sopran rozszedł się poza salę koncertową i swym zasięgiem objął cały budynek. 130 mieszkań. a może nawet całą dzielnicę. kto zna jego siłę, ten wie, że jest to całkiem prawdopodobne. znienacka przychodzi otrzeźwienie. sąsiedzi na skargę.
przyjmuję zatroskaną i przepraszającą minę, próbuję zebrać się w sobie, na tyle na ile jest to możliwe w wyciągniętej piżamie o 7:20wsobotędojasnejcholery.
judasz.
jakaś laska - sąsiedzi zmieniają się tu częściej niż kolor włosów michała wiśniewskiego. cholera a jeszcze miałam głupią nadzieję, że może to ulotki telepizzy, albo kominiarz.
2 wdechy.
- tak słucham - próbuję zachować spokój i pozytywne nastawienie do życia i otaczającej rzeczywistości
- jaz dhdusag - jakiś cichy bełkot
bosz coś mi się na słuch chyba rzuciło, albo śpię jeszcze.
- słucham - dopytuję
- ja z długami
yyyyyyyyyyyyyy. k. niemzapłaciliśmy jakiejś raty? mózg wolno pracuje. para bucha. ona z długami, acha czyli nie z windykacji. zawsze to już coś. matkoboskoczęstochowsko. where em aj.
- yyyyyyy
- przyniosłam pieniądze
- a nie to Pani musiała mieszkanie pomylić - czuję jak krew dopływa mi z powrotem do mózgu. odzyskuję dawną formę. grunt jest znowu pod stopami, czyli tam gdzie go ostatnio zostawiłam.
- nie pomyliłam - przekonujący uśmiech
grunt znowu się nieco usuwa, myślałam, że tryumfowałam a tu dupa. potyczka słowna trwa nadal. yyyy????? patrzę w dół. laska stoi w skarpetach, patrzę w oczy - zasnute mgłą. ok naprędce rysuję w głowie portret psychologiczny postaci i jej ostatniej upojnej nocy. wkurw rośnie do nieprzeciętnych rozmiarów.
- pomyliła Pani mieszkania, albo bloki - staram się zachować spokój, choć już zionę ogniem niczym bazyliszek
- nie pomyliłam - rozbrajający uśmiech
- pomyliła Pani!!! - nerwy puszczają - do widzenia! zabieram się do zamykania dzrwi przed nosem i puszczenia stosownej wiązanki, w celu uzyskania porannego katharsis.
- no trudno. to jak Pani nie weźmie to ja Panu zrobię przelew na poczcie.
- tak, niech Pani tak zrobi.
trzask prask do widzenia.
yyyyyyyyy
yyyyyyyyy
morał z tego taki, że może trzeba było brać forsę i w nogi? byłoby zdecydowanie szybciej.
tak to pięknie rozpoczął się zeszły weekend, a jak się później okazało caluteńki upojny tydzień.
powyższe oznacza być może więcej snu. mówię to tak ostrożnie i szeptem, żeby nie zapeszyć. i tak mi się właśnie przypomniało, że ten drastyczny stan permanentnego niedospania rozpoczął się dokładnie tydzień temu. a zdarzenie inauguracyjne tylko potwierdziło niezaprzeczalność mądrości życiowej nr 2: it's a crazy world we live in.
sobota. godzina 7 rano.
koty się już wyspały, zregenerowały i odnowiły na wszystkie możliwe sposoby. rozpoczyna się koncert. w roli solistki Gaj, znany w świecie, wciąż niedoceniony w domu, sopran.
poduszka na głowę. następuje proces wyparcia i ignorancji. koncert robi się coraz cichszy, rozpływa się w eterze zawrotnego metrażu.
cisza.
upragniona. doskonała. sen.
drrrrrrr. dzwonek do drzwi. zawał serca. co się dzieje, gdzie ja jestem. 7:20.
drrrrr.
okolicznościowy bluzg, a nawet cała wiązanka. zmuszam żelkowate ciało do przemierzenia zawrotnych 4 metrów do drzwi. wkurw proszę Państa jak rzadko. na drugim metrze zaczynam sobie uświadamiać, że być może rozkoszny sopran rozszedł się poza salę koncertową i swym zasięgiem objął cały budynek. 130 mieszkań. a może nawet całą dzielnicę. kto zna jego siłę, ten wie, że jest to całkiem prawdopodobne. znienacka przychodzi otrzeźwienie. sąsiedzi na skargę.
przyjmuję zatroskaną i przepraszającą minę, próbuję zebrać się w sobie, na tyle na ile jest to możliwe w wyciągniętej piżamie o 7:20wsobotędojasnejcholery.
judasz.
jakaś laska - sąsiedzi zmieniają się tu częściej niż kolor włosów michała wiśniewskiego. cholera a jeszcze miałam głupią nadzieję, że może to ulotki telepizzy, albo kominiarz.
2 wdechy.
- tak słucham - próbuję zachować spokój i pozytywne nastawienie do życia i otaczającej rzeczywistości
- jaz dhdusag - jakiś cichy bełkot
bosz coś mi się na słuch chyba rzuciło, albo śpię jeszcze.
- słucham - dopytuję
- ja z długami
yyyyyyyyyyyyyy. k. niemzapłaciliśmy jakiejś raty? mózg wolno pracuje. para bucha. ona z długami, acha czyli nie z windykacji. zawsze to już coś. matkoboskoczęstochowsko. where em aj.
- yyyyyyy
- przyniosłam pieniądze
- a nie to Pani musiała mieszkanie pomylić - czuję jak krew dopływa mi z powrotem do mózgu. odzyskuję dawną formę. grunt jest znowu pod stopami, czyli tam gdzie go ostatnio zostawiłam.
- nie pomyliłam - przekonujący uśmiech
grunt znowu się nieco usuwa, myślałam, że tryumfowałam a tu dupa. potyczka słowna trwa nadal. yyyy????? patrzę w dół. laska stoi w skarpetach, patrzę w oczy - zasnute mgłą. ok naprędce rysuję w głowie portret psychologiczny postaci i jej ostatniej upojnej nocy. wkurw rośnie do nieprzeciętnych rozmiarów.
- pomyliła Pani mieszkania, albo bloki - staram się zachować spokój, choć już zionę ogniem niczym bazyliszek
- nie pomyliłam - rozbrajający uśmiech
- pomyliła Pani!!! - nerwy puszczają - do widzenia! zabieram się do zamykania dzrwi przed nosem i puszczenia stosownej wiązanki, w celu uzyskania porannego katharsis.
- no trudno. to jak Pani nie weźmie to ja Panu zrobię przelew na poczcie.
- tak, niech Pani tak zrobi.
trzask prask do widzenia.
yyyyyyyyy
yyyyyyyyy
morał z tego taki, że może trzeba było brać forsę i w nogi? byłoby zdecydowanie szybciej.
tak to pięknie rozpoczął się zeszły weekend, a jak się później okazało caluteńki upojny tydzień.
na dowód
upały nie ustępują. co prawda pojawiły się dziś standardowe serenady pod drzwiami w wykonaniu Gajki oraz zwyczajowa próba wzbudzenia wyrzutów sumienia żalosnym popiskiwaniem: jestemgłodnaumrę daj mi jeść, autorstwa Miki, ale ze zdecydowanie mniejszą częstotliwością niż zwykle.
dziś dominowały takie oto obrazki...
a trzeba zaznaczyć, że mamy koty-małpy, które w naturalnym środowisku bytują na wysokościach - wszystkie wysokie szafy, lodówka, wszące szafki i najwyższe półki drapaka stanowią najsmakowitszy kąsek. taka przyziemność to widok tym bardziej zaskakujący.
sobota, 7 lipca 2012
uffff jak gorąco
30 °C w cieniu
40 °C w słońcu
50 °C w tramwaju
kap, kap, stróżka za stróżką sunie plecach. w powietrzu słychać skwierczenie smażonej skóry. czy aby na pewno tak powinna wyglądać komunikacja miejska XXI wieku?
i tu zakończę, gdyż żółć mogła by się obficie rozlać... a przecież życie jest takie piękne.
największe zaskoczenie czekało mnie jednak w domu, po przelotnym zerknięciu w lustro padłam prawie z wrażenia. jakby mnie ktoś wunglem wysmarował panie! alternatywnie - jakbym się dobrowolnie przeczołgała nago tunelami kopalni wujek. czarnusieńka. bynajmniej nie przyjemnie smagana słońcem. na dodatek niejeden zaciekle grzebiący w ziemi przedszkolak pozazdrościł by mi czarnej warstwy pod paznokciami. ekstremalny goth-manicure.
morał z tego taki - nie kupujcie czarnych koszulek za 25 pln jeżeli nie mają ważnego atestu Głównego Instytutu Górnictwa. i niech to będzie pierwsza rzecz na jaką zwrócicie uwagę... jeszcze przed rozmiarem. rozmiar jest w tym przypadku nieistotny.
a teraz trzeba się kopsnąć na budowę, wszak to wymarzona pogoda na remont. jeszcze tylko na prędce przygotuję drinka z parasolką... hmmm... pierwszy raz znalazłam praktyczne zastosowanie dla parasolki, która ochroni mój trunek przed sypiącym się z sufitu gipsem. i ktoś mówił, że parasolka w drinku to zbytnia ekstrawagancja? że passé i faux pas? prosssssszzzzzzzzzz.
40 °C w słońcu
50 °C w tramwaju
kap, kap, stróżka za stróżką sunie plecach. w powietrzu słychać skwierczenie smażonej skóry. czy aby na pewno tak powinna wyglądać komunikacja miejska XXI wieku?
i tu zakończę, gdyż żółć mogła by się obficie rozlać... a przecież życie jest takie piękne.
największe zaskoczenie czekało mnie jednak w domu, po przelotnym zerknięciu w lustro padłam prawie z wrażenia. jakby mnie ktoś wunglem wysmarował panie! alternatywnie - jakbym się dobrowolnie przeczołgała nago tunelami kopalni wujek. czarnusieńka. bynajmniej nie przyjemnie smagana słońcem. na dodatek niejeden zaciekle grzebiący w ziemi przedszkolak pozazdrościł by mi czarnej warstwy pod paznokciami. ekstremalny goth-manicure.
morał z tego taki - nie kupujcie czarnych koszulek za 25 pln jeżeli nie mają ważnego atestu Głównego Instytutu Górnictwa. i niech to będzie pierwsza rzecz na jaką zwrócicie uwagę... jeszcze przed rozmiarem. rozmiar jest w tym przypadku nieistotny.
a teraz trzeba się kopsnąć na budowę, wszak to wymarzona pogoda na remont. jeszcze tylko na prędce przygotuję drinka z parasolką... hmmm... pierwszy raz znalazłam praktyczne zastosowanie dla parasolki, która ochroni mój trunek przed sypiącym się z sufitu gipsem. i ktoś mówił, że parasolka w drinku to zbytnia ekstrawagancja? że passé i faux pas? prosssssszzzzzzzzzz.
piątek, 6 lipca 2012
na początek
poziom frustracji sięgnął zenitu! lub przynajmniej takiego poziomu, kiedy niedospany człowiek włącza zombie-mode, pozwalający funkcjonować społecznie poprawnie. skutkiem ubocznym tego trybu są niestety uporczywe nudności, innymi słowy człowiek po prostu chciałby się gdzieś porządnie wyrzygać. z potrzeby serca zatem narodził się twór niniejszy. miejsce gdzie ku pamięci, mięci kupa wpisał się alojzy dupa. taka autoterapia. i przestroga. nie próbujcie robić tego w domu.
sytuacja przedstawia się następująco:
2 osoby dorosłe, pełnoletnie, choć nader często (zważywszy na zaawansowanie w latach) proszone o dokument rzeczoną potwierdzający
2 koty (czyt. dwie koty) - określenie 2 kotki niespecjalnie do nich pasuje - sugeruje uległość i przymilność, podczas gdy ta druga zdarza się prawie wyłącznie przy próbach wymuszenia jedzenia a pierwsza nie występuje wcale
26 m2 kawalerka - rozwiązanie tymczasowe, trwające niezmiennie przez ostanie 6 lat
65 m2, 3 pokoje - w trakcie remontu / wykończenia (nas wszystkich), odbiór kluczy odbył się 23.12.2011 i stanowił ekstrawagancki prezent pod choinkę
1 rok spłacania kredytu, który szczęśliwie przeszedł do historii
6 comiesiecznych haraczy czynszem zwanych
1 podwyżka czynszu - kto powiedział, że trzeba zamieszkiwać lokal, żeby zasłużyć na podwyżkę?
6 miesięcy rozpierduchy i remontu, dzięki czemu osiągamy prawie stan deweloperski... ponownie... juppi!
1 Tata - liczebność ekipy remontowej - 10 punktów za doświadczenie życiowe, 6 punktów za doświadczenie branżowe, 12 punktów za zaangażowanie
1 krasnal - adhoczny pomocnik fachermajster
1 przydupas krasnala, podajśróbkę, pozamiataj
tysiącpięćsetstodziewięśset przenoszonych gniazdek, kabelków, lanów, wanów czy jak ich tam zwał, pies ich trącał...
1 wyburzona ścianka
1 nowopowstała ścianka - czyli bilans wychodzi jakby na zero
4 cm, których zabrakło łazience - kucie, prucie, wielki wybuch i upadek, a następnie odbudowa - Warszawo Walcz!
1 kontener gruzu, chociaż pewnie i drugi utylizowany nieustannie, na bieżąco
1 sufit podwieszany, za to ciągnący się przez 3 pomieszczenia
1 miesiąc pracy na wyłączność dla jaśniewielmożnego sufitu
15 m2 wylewki
litry gruntu, potu i wylanych łez
5 godzin snu dziennie według ostatnich statystyk
1 przypadkowa drzemka na klopie służącym za stołeczek
3 miliony siwych włosów
0 drobnych przyjemności, o większych nie wspominając
1 marzenie - skończyć to wreszcie w cholerę
ale...
końca nie widać!
i zwyczajowy bluzg ciśnie się na usta nieubłaganie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)
.jpg)
.jpg)



.jpg)
