czwartek, 21 marca 2013

wiosna?

to ja dziś z takim przesłaniem... i apelem gorącym. 



wszyscy na nią czekają, wypatrują i nic...

oraz, że tak zacytuję klasyka "a co jeśli wiosna nie żyje?"
then we're all fucked.

środa, 20 marca 2013

lochy

story jest takie. dawno, dawno temu odbieraliśmy mieszkanie. paszcze nam się cieszyły, widzieliśmy swoją świetlaną przyszłość. słonce świeciło, świat był piękny, a przed nami morze możliwości. tylko jakoś tak nie dostrzegaliśmy tsunami na horyzoncie... jak się później okazało.

wszystko przebiegało gładko, mieszkanie prawie bez usterek, garaż fajny... i wtedy zobaczyliśmy ją po raz pierwszy. piwnicę. a właściwie dziwne cele. taki kontrast z tym na górze, co powodowało bujny wykwit pełnych kiści bananów na naszych twarzach. i za to zapłaciliśmy xx k? omg. no już mogli się bardziej postarać. lekki szok i poczucie jakiegoś takiego żenuła na deser. być może to był znak, że od teraz nie będzie już tak pięknie, że właśnie zaczęły się schody.

no i ja wiem, że to tylko piwnica, ale jakoś takie metalowe, ażurowe ścianki (które notabene pozwalają policzyć ilość białych ręczników w piwnicy obok) zbyt mocno kojarzyły mi się z więzieniem a za mało ze schowkiem. i nieco kolidowały z romantyczną wizją półek pełnych przetworów. postanowiliśmy więc jednogłośnie podarować moim dżemom odrobinę prywatności i luksusu.

moje myśli od razu powędrowały w stronę karton-gipsu, ale Kierownik Robót stwierdził, że lepsza będzie płyta drewniana i stanęło na sklejce. później jak zwykle koncepcja się nam zmieniła i kiedy nie-mąż poszedł jako wysłannik z dobrą nowiną, że jednak płyta osb (do której mamy słabość i na którą zabrakło miejsca w mieszkaniu), Tata się uśmiał, bo właśnie wrócił z Casto i miał nam to zaproponować. 

finał jest taki, że wnętrze zostało oswojone, a jako bonus pachnie lasem (z niewielkim dodatkiem żywic syntetyczno-chemicznych zapewne, ale co tam). 

osb+beton = mniam









niedziela, 17 marca 2013

słońcem malowane

o matko! ale fajnie! jestem na jakimś haju dziś. a wszystko przez to słońce. słońce w mieszkaniu, jeśli już o ścisłość chodzi. ilość serotoniny w mózgu zwiększyła mi się chyba trzykrotnie, kiedy z wielkimi pakami otworzyliśmy drzwi mieszkania i zalała (i nie ma tu ani grama przesady) mnie bezkresna światłość. po wiecznych ciemnościach zimy, permanentnym ukrywaniu się w ciasnych norkach, poczułam się jakbym przekraczała bramy raju. 

już dawno taka zajarana nie byłam! ostatnio zdecydowanie bliżej mi było do sprzedania tego nieszczęścia w diabły, niż do wykrzesania z siebie choćby grama radości... aż do dziś. ubóstwiam te zachody słońca i przepastne okna. przypomniałam sobie dlaczego właśnie tu, a nie gdziekolwiek indziej. omg. a na samą myśl, że przecież wiosna i lato i będzie tego więcej, muszę się pilnować żeby nie krzyczeć z radości jak obłąkana. 

bo z aparatem oczywiście latałam od pokoju do pokoju, jakbym zmysły postradała. czyste szaleństwo. 

i cóż z tego, że wszystko zalega w tymczasowych lokalizacjach, nie skończone, rozgrzebane... jak to światło takie piękne. jasność. długie zachodnie cienie. i kolory. wszystko się zmienia i animuje tworząc niepowtarzalne, geometryczne przedstawienie.

golden hour in da house. 




zakrzywienie czasoprzestrzeni 











jest fajnie :)

sobota, 16 marca 2013

testy

na dowód, że przymiarki były, a w ślad za nimi głęboka analiza i refleksja. zwieńczona epokowym stwierdzeniem: TE.

cepelia


osiołkowi w żłoby...





z nosem przy podłodze

poranna niezwykle przytomna rozmowa telefoniczna nie-męża
"dzień dobry czy dziś są Państwo otwarci w sobotę do 13?"

była doskonałą kontynuacją wczorajszego równie przytomnego magistra, opowiadającego o niezbyt szczęśliwym pomniku peowiaka sprzed Zachęty
"...on tak wygląda jakby spadał z tej ławki, a nie śmiertelnie umierał"

i w ogóle zdarzeń dziwnych w stylu - mycie łyżeczki w umywalce w łazience i wycieranie jej papierem toaletowym...

coś ewidentnie wisi w powietrzu...

aż dziw bierze, że później poszło tak gładko. rach, ciach i listwy wybrane. no bo niby jechaliśmy zdecydowani na konkretny model, ale... wyszliśmy z 4 próbkami i typem zupełnie innym niż pierwotny. szczęśliwie w mieszkaniu od razu okazało się, że jednak stara miłość nie rdzewieje i  powróciliśmy do opcji nr 1.




and the winner is:


teraz tylko wszystko wymierzyć i sru. jeden problem z głowy. czy nie mogłoby ze wszystkim iść tak sprawnie? 
tak tak, oczywiście nie ma cudów, podłoga nierówna, będą szpary... ale mówi się trudno. żadne z nas już nie ma siły się tym przejmować. a o ile życie jest piękniejsze :)

-----------
* zdjęcia stąd: http://parkiet.pl/

czwartek, 14 marca 2013

sio!

bo zima piękna, tylko z odpowiedniej perspektywy. najlepiej z góry. z okna. z parapetu. z łóżka. 
a że trzeba się ruszyć, to sio!!!



wtorek, 12 marca 2013

trzeci wymiar

na samym początku remontu, szukając kabiny prysznicowej znaleźliśmy się w salonie Koło. i tak naprawdę zupełnie nieważne stało się wszystko, co się w nim znajdowało, bo doznałam olśnienia. zamarłam przed ścianą z najwspanialszym lasem jaki widziałam. doskonałym pod każdym względem. prostym, eleganckim a jednocześnie tajemniczo wciągającym. z walącym sercem stałam jak wryta, niczym dziecko przed ogromną wystawą cukierków (lub ogórków kiszonych jeśli jest się małą mną) rodem z książeczki "W mieście króla Marcepana".

następne co pamiętam to bieganie od sprzedawcy do sprzedawcy (armatury łazienkowej) z pytaniem"co to za tapeta" i powtarzająca się niczym echo odpowiedź "yyy... nie wiem" "to jakiś projektant wymyślił, ale to już od dawna wisi". 

na dowód tego, że to nie przelotne zauroczenie, tyle czasu szperałam w sieci, aż znalazłam! bez nazwy firmy, bez żadnego punktu zaczepienia. na około, trochę tylnymi drzwiami, uparcie brnąc do przodu - z największą w życiu determinacją. rok temu zdecydowanie trudniej było tą zagadkę rozszyfrować. później wielokrotnie, przy przeróżnych okazjach, tapeta wpadała mi w oko, nie dając o sobie zapomnieć.

gdyby nie to że, pomimo ceny która nas nieco powaliła, zdecydowaliśmy się na jej zakup na samym początku, zanim jeszcze mieliśmy większe wydatki, to dziś nie leżałaby w sypialni i nie tworzyła w niej bajkowej przestrzeni.

patrząc na nią, wiem jedno - warto podążać za uczuciami. tymi silnymi. targającymi jak burza. 

no matter what.

ps. Mamo, nie patrz! nie będzie niespodzianki :)


cole&son woods